Państwo, które zawiniło może zostać pozbawione prawa głosu w unijnych strukturach, co czyni z niego współczesną kolonię: wszystkie zobowiązania pozostają w mocy, a możliwości obrony interesów narodowych zostają utracone.

Najwyraźniej wprowadzenie antyrosyjskich sankcji otworzyło w Unii Europejską prawdziwą „puszkę Pandory”: teraz Brukseli zdaje się, że każdy geopolityczny problem można rozwiązać z pomocą sankcji i oskarżeń o łamanie demokracji. Pierwszą ofiarą padnie Polska, która tak aktywnie walczyła o wprowadzenie sankcji wobec Rosji.

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans poinformował na Twitterze, że szkoda mu stosować takie środki względem Polski, ale nie widzi drugiego rozwiązania. A jeszcze, że UE nie traci nadzieji na wszczęcie produktywnego dialogu z Polską. Mając pewną wiedzę na temat politycznego leksykonu europejskich urzędników, wiadomo że pod pojęciem „produktywnego dialogu” rozumiana jest w danym przypadku totalna kapitulacja”.

Z formalnego punktu widzenia Polskę chcą ukarać za odstępstwo od wartości demokratycznych, ale to zaledwie pretekst, tak jak w przypadku rosyjskich sankcji.

Po tym, jak Wielka Brytania podjęła decyzję o wyjściu z UE, Polsce przypadła rola głównego obrońcy amerykańskich interesów wewnątrz UE, co z punktu widzenia samej Warszawy powinno zapewnić Warszawie określone przywileje, a także możliwość bezkarnego szantażu względem Brukseli i Berlina. Wystarczy przypomnieć sobie próby wyegzekwowania od Niemiec reperacji za szkody zadane w czasie II wojny światowej. Tylko bardzo naiwni polscy nacjonaliści mogli uwierzyć w to, że oficjalne oświadczenie Biura Analiz Sejmowych o tym, że Niemcy muszą wypłacić 48,4 mld dolarów, może ujść bezkarnie.

Innym ważnym przywilejem, na który liczył polski rząd, jest możliwość demonstracyjnego ignorowania kwot migracyjnych. Kategoryczna odmowa przyjęcia i utrzymywania „bliskowschodnich uchodźców” stała się z jednej strony jednym z fundamentalnych elementów poparcia dla partii rządzącej PiS, a z drugiej, wiecznym wizerunkowym problemem dla Merkel, która musiała wyjaśniać swoim wyborcom, dlaczego Polacy mogą odmówić przyjmowania na swoim terytorium migrantów, podczas gdy Niemcy nie mogą.

Zuchwałość rządu Beaty Szydło, a obecnie Mateusza Morawieckiego, można wytłumaczyć protekcją Waszyngtonu i wynikami wizyty Donalda Trumpa w Warszawie. Po przyjeździe do Polski Trump obiecał politycznemu establishmentowi wielorakie wsparcie, a polskie media pisały o tym, że jego wizyta jest wydarzeniem historycznym, które wynosi Polskę do rangi głównego sojusznika USA w Unii Europejskiej. Wielu polskich polityków wysnuło wniosek, że Waszyngton akceptuje i wspiera prowokacyjną politykę wobec Rosji i Niemiec. Już wtedy brytyjska Guardian pisała, że Europa odnosi wrażenie, jakby „wizyta Trumpa była wsparciem dla polskiego rządu, który konfliktuje z Unią Europejską”. Wrażenie okazało się słuszne, ale kolejna szarża polskiej elity politycznej na interesy gospodarcze Niemiec zakończyła się dla niej żałośnie.

Status „głównego sojusznika USA w Europie” zakłada znaczące wydatki i ryzyko: trzeba kupować amerykańską broń, bardzo drogi LNG i we wszystkim sprzeciwiać się Niemcom, w szczególności, kiedy mowa o rosyjsko-niemieckich projektach takich jak Gazociąg Północny-2.

Berlin w sposób logiczny podjął działania odwetowe, wykazując, że Polska nie uczy się na własnych błędach. Za każdym razem, kiedy Warszawa polega na uroczystych obietnicach zachodnich mocarstw, zapewniających o pełnym wsparciu politycznym, wojskowym i gospodarczym w walce z sąsiadami, kończy się to dla niej zdradą i historyczną katastrofą. I tym razem polegając na bezwzględnym wsparciu Waszyngtonu, Warszawa zapomniała, że Polska jest mimo wszystko członkiem UE, a nie NAFTA, a jej gospodarka zależy od działań Komisji Europejskiej i Berlina, a nie od przychylności administracji Trumpa.

Komisja Europejska efektywnie powieliła klasyczny chwyt stosowny przez amerykańskie władze względem innych państw. Amerykanie zawsze znajdują przypadki naruszeń praw człowieka i zasad demokracji w krajach, gdzie znajdowane są znaczne zapasy ropy i gazu. Specjaliści Komisji Europejskiej w trybie pilnym doszukali się pogwałceń praw człowieka i zdrady europejskich ideałów demokracji w kraju, który rzucił wyzwanie niemieckim interesom w UE.

Berlin nie wszczynałby raczej tej procedury, jeśliby Komisja Europejska i niemiecki establishment nie miały pewności co do tego, że w ostatecznym rozrachunku Rada Europejska i Parlament Europejski potwierdzą karę dla Polski.