Jest to jedna z tych treści, które umykają zwykłej logice i dają się pojąć jedynie w kategoriach logiki narodowo-mesjanistycznej, dostępnej wyłącznie rozumowi aktywisty patriotycznej prawicy.

A i to nie każdemu.

MORAWIECKI OJCIEC ZRDADZIECKI

Kornel Morawiecki, legendarny, acz dość ekscentryczny działacz opozycji antykomunistycznej, dziś szerzej znany jako ojciec premiera, udzielił wywiadu agencji RIA Novosti — co samo w sobie  jest już w oczach prawdziwych patriotów czynem zdradzieckim.

Mało tego, Morawiecki  powiedział w tym wywiadzie rzeczy, które można uznać za wzywanie premiera rządu RP do zdrady narodowej.

Powiedział bowiem nie tylko, że dobre stosunki między Polską a Rosją leżą w interesie obydwu krajów — to jeszcze uchodzi za cenzuralne, pod warunkiem, że w po nim następuje ciąg upokarzających dla Rosji warunków — ale także, że Polska powinna się o nie starać.

Kornel Morawiecki

Na przykład — o zgrozo! — że jego syn, prezes Rady Ministrów Rzeczpospolitej Polskiej, powinien pogratulować Władimirowi Putinowi zwycięstwa w wyborach prezydenckich.

Mało tego: zwrócił się do rosyjskiego prezydenta z prośbą (użył słowa „prosić”!), żeby nie powtarzał tego błędu i pogratulował wyboru następnym polskim zwycięzcom.

Dalej było już tylko gorzej.

Ojciec premiera rządu RP zażądał, żeby prezydent Polski spotkał się z Putinem („jak Trump może, to czemu nie Duda”), mówił o „bohaterstwie rosyjskiego narodu w II wojnie światowej”, a nawet stwierdził, że radziecka okupacja była lepsza od niemieckiej, a Polska sama nie wyzwoliłaby się od Niemców. 

Ustawę o usuwaniu pomników radzieckich żołnierzy, poległych przy oswobadzaniu naszego kraju, nazwał „błędem” i „małostkowością”. I to nie koniec.

Plując w twarz pryncypiom polskiej polityki zagranicznej stwierdził, iż fakt, iż Polska  mogłaby być pomostem między Europą i Rosją, jest ważniejszy niż Nord Stream I i II.

Na szczęście dla naszej ojczyzny, syn Kornela Morawieckiego nie ulega zdradzieckim podszeptom ojca.

Dzień po feralnym wywiadzie, występując w Strasburgu w debacie na temat przyszłości Unii Europejskiej, Mateusz Morawiecki zaprezentował pełne spektrum wzniosłej polskiej rusofobii.

W generalnie bardzo sensownym wystąpieniu na temat potrzeby demokratyzacji działań UE, prospołecznej polityki gospodarczej, „ambitnej walki z nierównościami” i obrony obywateli „przed siłą globalnych korporacji” — premier zrobił wyłom na rzecz pryncypialnego ataku na Rosję, której zarzucił nie tylko prowadzenie „wojny hybrydowej na Ukrainie”, ale i atak na Skripali (z udziałem najbardziej zabójczej broni chemicznej na świecie, która nikogo nie zabiła) oraz „destabilizację w Syrii” — co brzmi szczególnie ironicznie w kontekście faktu, iż Rosja wspiera legalne władze Syrii, które usiłują obalić islamscy bojownicy, sponsorowani i wspomagani przez USA.

Premier nie omieszkał też wspomnieć o Gruzji, która „kilka lat wcześniej stała się celem podobnego ataku” jak obecnie Ukraina, podczas gdy  „jedyną winą tych państw był wybór europejskiego modelu gospodarczego i politycznego”. Co mogłoby europosłów bardziej poruszyć, gdyby powołana przez UE  w 2009 roku grupa niezależnych ekspertów nie stwierdziła, że bezpośrednią przyczyną  konfliktu zbrojnego był atak Gruzji na stolicę Osetii Południowej, a wina za wcześniejsze narastanie napięcia rozkłada się na obie strony.

Ponieważ wszakże europejscy politycy i eksperci nie są poddani tej samej inwazji  jedynie prawdziwej prawdy, z jaką mamy do czynienia w Polsce — wezwanie, iż „Unia musi reagować wszystkimi dostępnymi środkami” na „agresywną politykę Rosji” nie spotkało z należytym entuzjazmem.

Jednak tego można się po było po zdemoralizowanym lewactwie europejskim spodziewać.

Ale żeby nóż w plecy wbił premierowi jego własny ojciec?

Macki Putina sięgają daleko.

Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.