logo-jesieni-300x300O artystce tej miary powinna pisać gazetaBusiness & Art, a nie Art & Business. Z artykułuhttp://artbiznes.pl/martyna-czech-laureatka-grand-prix-bielskiej-jesieni-poznajcie-zwyciezcow/ wynika, że pani Martyna Czech jest studentką IV roku Académie des Beaux-Arts w Katowicach. Sam termin „akademia sztuk” wśród wielu artystów malarzy Paryża i okolic jest odrzucany – kojarzy się kolejnym pokoleniom jako instytucja, kształcąca nieudaczników, wręcz twórczych debili, których łatwo podczepić pod łańcuch systemowej niewoli.

Podpieranie się dyplomem nie czyni jeszcze z nikogo, kto ma coś do powiedzenia i chciałby to szerzej wyrazić, wybitnego artysty. Nasuwa się nieodmiennie pytanie: kto służy komu – czy ideolodzy sztuce, czy może sztuka – ideologom?

Patrząc na zestaw prac, wyróżnionych przez jurorów 42. Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2015, nie mam wątpliwości, iż współcześnie sztuka służy, czy wręcz wysługuje się ideologii, a co za tym idzie studenci wszelkich „akademii sztuki” bardzo łatwo dają się przykuć do wyżej wspomnianego zaprzęgu, licząc na sławę, co stoi w sprzeczności z wolnością tworzenia. Można przy tym odnieść wrażenie, że działalność dzisiejszych uczelni artystycznych niewiele się różni od propozycji najgłupszych kanałów telewizyjnych, toteż poszukiwanie pokornych „aktorów” marnego spektaklu stało się dniem powszednim rozlicznych „Académie des Beaux-Arts”.

M. Czech – WC

Ani telewizja ani akademie nie funkcjonują bez publiki, którą trzeba czymś przyciągnąć, albowiem inaczej skończy się mamona. Stąd kreowanie na siłę następnych „ludzkich małp”, jakie pod dyktando wątpliwych mistrzów starają się zabawić zgłodniałe masy (a przy okazji na tym zarobić).

Wracając do samego biennale i sposobu selekcji płócien – dziwnym jest ocenianie ich na podstawie zapisu elektronicznego, a nie poprzez obcowanie z realnymi pracami (nawet podczas wyboru wstępnego). „Szybciej, więcej, głupiej” – staje się mottem i metodą pracy w ważnych dla twórców konkursach. Nic więc dziwnego, iż przypatrując się pracom nagrodzonej studentki – Martyny Czech – można zadać sobie pytanie: Obrazy to czy bohomazy?

M. Czech – Nikt

Nawet w czasach tzw. okien ROSTA, socrealistyczni artyści doskonale zapoznani byli z podstawami sztuki. Pracowali ku chwale ideologii komunistycznej, ale ich prace spełniały wszelkie wymogi kompozycji, harmonii, rytmu… Nagrodzone obrazy p. Czech nie mieszczą się w żadnym z takich kanonów. Zwróćmy uwagę na zbiór elementów kompozycji, tworzących np. Ex 1. Motyw węża, który na przestrzeni wieków występował w kulturze łacińskiej, jako pełzający gad, tutaj objawia się jako forma w kolorze różowym, niemalże tańcząca w duecie z główną postacią pracy, wzorowaną na pogańskiej dla Europy kulturze Wschodu. Budzi to skojarzenia współczesnego tańca nowoczesnych bohaterów pop kultury – rodem z Love Parades. Jeśli to ma być malarstwo nowoczesne, to spóźnione jest co najmniej o lat 60, gdyż podobne dokonania poczynił już Pablo Picasso, wybudzając pogańskich bożków.

M. Czech – Ex 1

…i prawdopodobna inspiracja: obraz Michelangela Caravaggia

Czy tzw. ponowoczesna, europejska sztuka, pozbawiona wszelkich cech sztuki, jest również w trakcie oryginalnego, niepowtarzalnego podejścia jurorów do nadesłanych prac, a może nowego kanonu? Jeśli tak, to wszystko nabiera sensu. Ideologia zastępuje to, co artystycznie wartościowe, a głównym kryterium oceny stają się światopoglądy, wyznawane przez jurorów. Nie przypadkiem wiele obrazów, dostrzeżonych podczas biennalehttp://galeriabielska.pl/?d=details&sek=dodatkowe_artykuly&idArt=2208 , to wariacje na temat polskich barw narodowych, a także kultury chrześcijańskiej, które wyraźnie są dziś démodé. Taki kanon myślowy narzuca Bruksela, z jej brzemiennym w skutki szaleństwem multikulti.

Zamiast kategorii, znaczących naprawdę: prawdy, piękna, dobra, mądrości – obecnych w sztuce od Antyku, a powracających w każdej epoce historycznej i artystycznej – na zasadzie kukułczego jaja podrzuca się nam semantykę pozorną, tak jak pozorny jest świat problemów, prezentowanych przez uczestników spektaklu biennale. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że imprez tak samo nijakich pod względem artystycznym, a politycznie zgodnych z zaleceniami Berlina i Brukseli, odbywało się w Polsce niemało. Wszystkie one pochłaniały pieniądze podatników, lekką ręką wydawane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Podobnie z działaniami Narodowego Centrum Kultury.

Skoro wybraliśmy nowy parlament, należałoby przyjrzeć się sposobowi organizacji europejskich imprez, ich finansowaniu, składom jurorów oraz ich postrzeganiu sztuki. Na razie bowiem, w dodatku dobrowolnie, wolność sztuki poświęcono kosztem poprawności politycznej wypowiedzi artystycznych. Młodzi kandydaci na twórców, urodzeni już w czasach „reform” tow. Balcerowicza, doskonale orientują się, czego oczekują od nich wykładowcy i starają się tym oczekiwaniom sprostać. Produkują dużo i miernie. Mogą dzięki temu obsłużyć i kilkadziesiąt europejskich biennale rocznie, a gdy trzeba, są zdolni nawet na Pałacu Kultury namalować unijne insygnia. Ponieważ brak im podstaw warsztatowych – skorzystają z rzutnika cyfrowego czy technologii laserowej. Legendy polskiej kontrkultury – ekipy Teatru 8Dnia, Ogrodu/Ogrodu-2, Protekstu czySalonu Niezależnych – może coś im i mówią, ale na pewno nie stały się wzorcami do naśladowania. Świadoma zgoda na ryzyko medialnego odrzucenia u współczesnych „młodych wilków” (a może „młodych hien”) – absolutnie nie wchodzi w rachubę. Liczy się tylko sukces, przegranych Jego Wysokość Internet strąca w niebyt!

Tymczasem wartości dzieła sztuki nie da się jednoznacznie przełożyć na ekwiwalent biznesowy. Ten, kto tak myśli, jest może kandydatem do nagród i sukcesów, ale musi być świadom, że za rok-dwa w cyrku, zwanym rynkiem sztuki, wykreowana zostanie kolejna już „medialna małpa”, spychająca ze sceny poprzednika. Walka z prawdziwymi autorytetami i negowanie podstaw cywilizacji Śródziemnomorza, zakładają bowiem błyskawiczny przemiał artystów i ich dzieł. W myśl obecnych trendów trwały ma być tylko pieniądz. Z drugiej jednak strony w małych i dużych muzeach wciąż nie brakuje publiczności. Odbiorcom przejadły się już happeningi, performances i pisanie o sztuce jako forma sztuki. Wbrew chęciom współczesnych „kreatorów smaku” – dzieła klasyków: Luki Signorellego, Simona De Martini, Andrea Mantegni, Giotta, Boscha poprzez Goyę, Turnera, Cezanne’a, impresjonistów i kubistów po Giorgia Morandi, Nicolasa de Staël, Balthusa, Constanta Permeke, Roberto Mattę, Romana Opałkę czy Juana Soriano – mają się dobrze. I wciąż nie brakuje chętnych, co poprzez obcowanie z ich pracami szukają własnych estetycznych wzruszeń. Bo w przeciwieństwie do taśmowej, będącej produktem płyciutkich wyobraźni, fatalnej technicznie produkcji młodych „Europejczyków” – ich poprzednicy poza pieniędzmi szukali czegoś jeszcze, czegoś zupełnie im obcego – Absolutu.

nasesłał: Mariusz Kiryła

siemysli.info.ke

Source: Jakże to dumnie brzmi: „laureatka Grand Prix”…