Fenomen polityczki namaszczonej przez Schetynę na premiera oraz liderkę warszawskiej listy KO zasadza się mniej więcej na tych samych przesłankach co fenomen Donalda Tuska. Kidawa-Błońska przez lata była w cieniu kolegów z Platformy, afery oraz kompromitujące wypowiedzi ją omijały. Teraz nagle z tego cienia wyszła, bo ktoś tak podpowiedział przewodniczącemu. Czy to wystarczy, aby powtórzyć sukces Tuska? Moim zdaniem nie.

Bufor bezpieczeństwa

Małgorzata Kidawa-Błońska jest teraz na etapie politycznej walki, którą staczał w przegranych wyborach prezydenckich w 2005 roku Donald Tusk. Dopiero przełamuje się, aby działać na pierwszej linii partyjnego frontu, oswaja się z rolą liderki. Gdy Tusk zostawał szefem rządu po raz pierwszy, miał już ugruntowaną pozycję naturalnego lidera. Zresztą wypominano mu nawet, że bezlitośnie rozprawił się z dawnymi przyjaciółmi – m.in. współtwórcami PO: Andrzejem Olechowskim i Maciejem Płażyńskim.

Kidawa-Błońska została wyciągnięta „z kapelusza” Schetyny na potrzeby kampanii i jej kandydatura na liderkę jest sztucznie pompowana. Grzegorz Schetyna został jej „suflerem”, jak słusznie zauważa portal wPolityce. To nie jest głupi manewr. Przewodniczący PO robi mądrze, sterując z cienia (być może PO wreszcie trafiła na kompetentnych spin-doktorów, którzy doradzili schować niepopularnego przywódcę, a wyróżnić skromną i pracowitą kobietę. To nie tylko dobrze wygląda, ale też w razie porażki pozwoli Schetynie obarczyć ją współodpowiedzialnością). Mimo wszystko, gdy Schetyna zapowiada, że „Małgorzata Kidawa-Błonska zmiażdży Jarosława Kaczyńskiego”, nie brzmi to szczególnie przekonująco. No bo wiecie: gdyby recepta na „zmiażdżenie Kaczyńskiego” leżała przed nami na talerzu, to na pewno ktoś już by ją podniósł i wykorzystał. Jak na razie to Kidawa „miażdży” własnego przewodniczącego… w sondażach popularności.

Tusk 2.0?

Media słusznie zastanawiają się, jakie znaczenie polityczne dla powrotu Donalda Tuska ma promowanie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na liderkę opozycji. Pojawiają się nagłówki takie jak „Schetyna zamyka temat powrotu Donalda Tuska”.

Czy faktycznie jednak jego powrót trzeba jakoś specjalnie blokować? Wystąpienie Tuska z 4 czerwca w Gdańsku było płomienne, ale nie niosło żadnej zapowiedzi „wielkiego powrotu”. Sam Tusk po prostu zdaje się nie mieć takich planów. Trzyma kciuki za to, aby Platforma zrobiła wyłom w hegemonii PiS, ale raczej nie zamierza przejmować przywództwa i prowadzić kontrofensywy. Szczerze mówiąc, wydaje się, że wręcz patrzy z cichą satysfakcją, jak jego dawny rywal gorączkowo miota się na krajowym, niewdzięcznym poletku. Nie jest tak, że Tusk został „na lodzie”. Po pierwsze, raz w Brukseli, zawsze w Brukseli. Tusk jako przewodniczący RE wyrobił sobie kontakty i perspektywy lepsze niż przeciętny europoseł. Nie jest więc powiedziane, że nie znajdzie już dla siebie miejsca w unijnych strukturach. Po drugie, na razie buduje społeczną listę do Senatu i to jest plan diaboliczny o tyle, że Polacy widzą, iż nie zamierza się on małostkowo ścigać o przywództwo.

Grzegorz doskonale to rozegrał. Kiedy ogłosi Kidawę-Błońską kandydatką na prezydenta, uniemożliwi start Tuskowi. To przetnie też spekulacje o przyszłości Donalda w Polsce. W ten sposób Schetyna zamyka powrót Tuska do polityki krajowej – przekonuje rozmówca tygodnika „Wprost”, sugerując, że Schetyna ograł byłego premiera, zabierając mu prezydencki stołek spod siedzenia.

Ale tak naprawdę nie jest też powiedziane, że wybory prezydenckie całkowicie go ominą. Być może Kidawa-Błońska wcale nie sprawdzi się tak dobrze, jak zakłada Schetyna. Dlatego zrozumiałe jest, ze pytany w TVN24 o swoje plany, Tusk stwierdził enigmatycznie, że „zobaczymy po wyborach”.

Furtka do powrotu w chwale na pewno jest dla niego cały czas uchylona.

Bardziej druga Szydło niż drugi Tusk

Małgorzata Kidawa-Błońska jest na etapie eleganckiego prezentowania się w garsonkach i mówienia o tym, że politycy powinni darzyć się szacunkiem, zamiast nienawiści. Jako żywo przypomina to początki kariery politycznej Beaty Szydło, która powtarzała mantrę o byciu blisko ludzi. Tusk też powtarzał to w każdej kampanii, a trudnych pytań (jak to o adopcję dzieci przez pary LGBT) unikał jak ognia. Ale robił to z pozycji naturalnego przywódcy, który „wykosił” konkurencję, a nie wynajętej premier spod lady.

Kidawa-Błońska odeszła od zapowiedzi KO – „będziemy antypisem” i ogłosiła, że jej program jest dla ludzi, „a nie przeciwko komuś”. Sęk w tym, że propozycje Platformy i Nowoczesnej są tak zachowawcze, że nieokraszone żadną „poetycją narracją” znikną. Tusk tę narrację umiał ludziom dać (vide: „Będziemy drugą Irlandią!”). Czy da ją nowa kandydatka? Być może tak, nie należy zawczasu odbierać jej kompetencji. Ale jeśli miałabym być szczera, to myślę, że czas Kidawy dopiero nadejdzie. Dziś jest sterowana z góry i Polacy to widzą. Kidawa jest po prostu trochę bardziej popularna niż Grzegorz Schetyna. Ale nadal żaden z niej zbawca opozycji.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.