Poniżej zamieszczony jest obszerny fragment  (z pewnymi zmianami i uzupełnieniami) artykułu Olgi Połajewskiej pochodzącego z czasopisma
„Ojczyzna” Nr 12 z 15 czerwca 1998.
Na przełomie czasów saskich i stanisławowskich miał miejsce fakt na pozór drobny, w istocie jednak brzemienny w bardzo ważne skutki. Byt nim chrzest żydowskiej sekty frankistów. Przenikanie Żydów do wewnątrz społeczeństwa polskiego dokonywało się zresztą – nieraz w rozmiarach dosyć poważnych – również i wcześniej. Duża część ochrzczonych Żydów przedostawała się w szeregi szlachty. W statucie litewskim zawarta była klauzula brzmiąca: Jeżeli który żyd lub żydówka do wiary chrześcijańskiej przystąpili, tedy każda taka osoba i potomstwo ich za szlachcica poczytani być mają. Korzystając z tego artykułu, ochrzczeni Żydzi na Litwie uważali się za szlachtę, bez osobnej nobilitacji sejmowej ubierali się w kontusze, chodzili przy szablach, zajmowali urzędy, kupowali dobra ziemskie – jednym słowem odgrywali rolę panującej warstwy narodu. Ale również i w Koronie bardzo wielu ochrzczonych Żydów zostawało szlachtą. Dokonywało się to drogą nobilitacji albo przyjmowania do szlacheckich rodzin polskich (adopcja itp.). Chrzty dokonywane były przeważnie dla kariery – chrzcili się Żydzi najzamożniejsi i mający najrozleglejsze stosunki, toteż łatwo im było wystarać się o skuteczne poparcie przy zabiegach o uszlachcenie. Częstym zwyczajem było, że chrzczący się Żydzi dobierali sobie najwybitniejsze osobistości polskie na ojców chrzestnych. Jak twierdzi Stanisław Didier, w herbarzach szlachty polskiej spotykamy setki uszlachconych rodzin neofickich. Teodor Jeske-Choiński, który zadał sobie trud przeszukania metryk w archiwach pewnej liczby kościołów celem stwierdzenia rozmiarów procesu chrzczenia Żydów w Polsce i zebrany tą drogą materiał ogłosił w książce pt. Neofici polscy, odnalazł dane o 6 rodzinach ochrzczonych Żydów, nobilitowanych w wieku XVI i XVII, oraz stwierdził, że w roku 1764-65 nobilitowano 52 rodziny ochrzczonych Żydów, według jego zdania, niefrankistów. Żydów ochrzczonych nieuszlachconych, albo nie wiadomo, czy wówczas, lub później uszlachconych, odnalazł liczbę ogromną. Wiadomo jest, że ks. Turczynowicz (zmarły w 1773 r.), który zajmował się nawracaniem Żydów, ochrzcił ich około 500, a założony przez niego zakon Mariawitek ochrzcił do 1820 r. około 2 tys. Żydówek. Dr L. Białkowski ustalił, że w samym tylko Poznaniu 17 ochrzczonych Żydów uzyskało w latach 1577-1784 prawo miejskie. Ochrzczeni Żydzi przyjmowali zazwyczaj nazwiska polskie, najczęściej uformowane sztucznie, np. pochodzące od miejscowości pochodzenia (Dobrzyński od Dobrzynia), od imienia (Jakubowski), od dnia chrztu (Niedzielski od niedzieli), albo od miesiąca chrztu (Wrzesiński, Paździerski, Listopski, Listopadzki, Marzecki itp.), albo od jakiejś okoliczności (Przybylski, Przybytowski, bo przybył z daleka). Szczególnie ulubione byty przez nowochrzceńców nazwiska: Dobrowolski (z dobrej woli się ochrzcił), Dąbrowski, Krzyżanowski (od krzyża), Lewicki, Lewiński (od imienia Lewi), Majewski, Kwieciński, Kwiatkowski (maj, kwiecień), Nawrocki (Nawrócony), Józefowicz i Grudziński (grudzień). Każde z tych nazwisk nosi po kilkanaście nie spokrewnionych ze sobą rodzin nowochrzczeńców. Asymilacja tych ludzi wyglądała tak, jak zwykle wygląda asymilacja Żydów, chrzczących się dla interesu. Nieraz spełniali oni nadal obrzędy religii żydowskiej. Np. wiadomo o Eliaszu Ebercie, Żydzie, który przyjął katolicyzm w wieku XVII, został nobilitowany i obdarzony bogatymi dzierżawami rządowymi, że pod płaszczykiem gorliwego chrześcijanina spełniał nakazy judaizmu.
Ten zastrzyk „krwi żydowskiej” (w istocie chodzi tutaj raczej o „zastrzyk” cywilizacji żydowskiej ) nie mógł się, oczywiście, nie odbijać na spoistości społeczeństwa polskiego, tym bardziej, że przenikał przede wszystkim do jego warstw czołowych. Ale zastrzyk ten byt niczym w porównaniu z zastrzykiem, jaki stanowił chrzest frankistów. Jakub Lejbowicz, zwany Frankiem, urodzony na polskim Podolu, lecz wychowany w Turcji, uformował się w szeregach ruchu sabbatajskiego, wywołanego przez pseudomesjasza Sabbataja Cwi w Turcji w wieku XVII. Byt to prowodyr tłumów żydowskich, które służyły mu jako dziedzicznemu panu poddani. W 1755 r. przybył on do Polski na czele swych wyznawców, tworzących zwartą organizację, jakby sektę. Tutaj zdobył sobie dodatkowo wśród Żydów ogromną rzeszę zwolenników. Uważany byt powszechnie za sekciarza, przeciwstawiającego się prawowiernemu żydostwu. Między innymi takie jest zdanie Jeske-Choińskiego. Nie jest to jednak, jak się wydaje, pogląd słuszny. Henryk Rolicki na podstawie szeregu faktów dochodzi do przekonania, że byt on przez czołowe czynniki żydowskie wprost odkomenderowany do spełnienia misji, leżącej w interesie Izraela jako całości. Wiele wyjaśniają własne słowa Franka, powiedziane do współwyznawców: Powiadam wam, kto się nie pomiesza z narodami, daremna praca jego. Chodziło mu niewątpliwie o to, by liczną rzeszę wybitnych Żydów (bo jego zwolennicy byli w dużym odsetku ludźmi wybitnymi, częściowo rabinami) wprowadzić do wnętrza społeczeństwa polskiego i tą drogą zdobyć sobie, w rozstrzygającym momencie dziejów Polski, wpływ na dalsze jej losy. Frank miał, zdaje się, rozległy program akcji politycznej na ziemiach polskich w interesie Izraela, którego nie zdołał jednak urzeczywistnić. Według Rolickiego, chodziło tu o wykrojenie z terytorium Polski obszaru na państwo żydowskie – Judeopolskę. Chrzest Franka w Warszawie – pisze Rolicki – odbywa się z niezwykłą wspaniałością. Wjechał uroczyście karetą, zaprzężoną w sześć koni, otoczony świtą, złożoną z 30-50 ludzi, agentów jego i gwardzistów. Przez całe życie roztaczał Frank przepych iście królewski, choć byt tylko synem pospolitego rabina. W Bernie, a potem w Offenbachu, szasta milionami. Pieniądze płyną doń z Polski i z Turcji. Sumę pieniędzy, wywożonych z Polski dla Franka do Offenbachu, szacują na z górą 4 miliony złotych polskich rocznie. Jak się okazuje, finansowali go jego rzekomi wrogowie, żydzi-talmudyści. Żydzi wszystkich czasów nazywali go „chachamem” („chacham” był ongiś jednym z naczelnych urzędów żydowskiego Sanhedrynu). Cała sekciarska akcja Franka była zapewne tylko pozorem, dla lepszego ugruntowania przekonania o szczerości jego zerwania z żydostwem. Frankiści, rzekomo prześladowani przez Żydów, udali się pod opiekę biskupa kamienieckiego, wkrótce potem mianowanego arcybiskupem lwowskim, Mikołaja Dębowskiego. Ten im nie ufał, lecz wkrótce zmarł, podobno otruty. Następca jego, administrator diecezji lwowskiej, ksiądz Mikulski, obdarzył ich poparciem. W rezultacie frankiści przyjęli chrzest. Według zgodnego zdania szeregu autorów, zarówno Polaków, jak Żydów, frankistów ochrzciło się 24 tysiące. Z tego 6 tys. miało osiąść w samej Warszawie.
Wielu z nich zostało nobilitowanych, zwłaszcza po rozbiorach. Wszyscy oni przybrali nazwiska polskie (sam Frank przybrał nazwisko Dobrucki). Jak twierdzi Jeske-Choiński, ludzie ci nie byli karierowiczami, nie dbali o robienie majątków, lecz zdobywali sobie pozycję w społeczeństwie polskim, jako ludzie nauki, prawnicy, członkowie inteligencji itd. Do szczególnego znaczenia doszły wśród nich rodziny Wołowskich, Krysińskich, Jasińskich, Jeziorańskich, Rudnickich, Piotrowskich, Naimskich, Majewskich, Łabęckich, Jakubowskich, Matuszewskich, Rydeckich i Zielińskich. Wtadze umierającej Rzeczypospolitej zorientowały się jednak w końcu, że działalność Franka zmierza do jakichś niebezpiecznych dla Polski celów politycznych. W 1760 r. Frank został aresztowany i internowany w twierdzy częstochowskiej, gdzie przebywał do 1773 r. Wydostawszy się z Częstochowy, przeniósł się do Brna Morawskiego, a następnie do Offenbachu, skąd poprzez granicę kierował swą organizacją w Polsce. Umarł w 1791 r. Czym byli frankiści później, niech zaświadczy Jeske-Choiński, który stał na stanowisku, że konflikt Franka z żydostwem był rzeczywisty i szczery, a więc na pewno nie był skłonny do przesady w podejrzliwości wobec jego uczniów:
Frank zakazał im łączyć się z ludnością rdzenną, uważał ich mimo chrztu za członków osobnej sekty. (…) Aż do roku 1810 mniej więcej tworzyli frankiści gromadę nieszczerych neofitów, obcych ludności chrześcijańskiej własnemi obrzędami i majakami sabbatejskimi. Dopiero około roku 1810 zaczyna „wiara” Franka powoli gasnąć… Dorastało drugie i trzecie pokolenie, które kształciło się w szkołach pijarskich, zżyło się z ludnością rdzenną, co im jednak wcale nie przeszkadzało trzymać się ciągle kupy, żenić się pomiędzy sobą, popierać się nawzajem, uważać się za jedną rodzinę. Tak potężny byt wpływ Franka, że go sto lat odmiennych warunków, nie zmogło, nie strawiło. Dopiero najmłodsze, współczesne pokolenie frankistowskie sprzeniewierzyło się wskazówkom swojego mistrza, miesza się także krwią z współwyznawcami aryjskimi. Posłuszni wskazówkom Franka nie mieszali się frankiści przez sto lat z rasa aryjską. Albo żenili się pomiędzy sobą, albo z neofitami i neofitkami świeższej daty. Dopiero około 1850 roku zaczęli niektórzy frankiści łamać tradycje „kompanii”. Pierwszy przykład w tym kierunku dali Wołowscy, Łabęccy i Krysińscy. Później uczynili to samo inni.
Według innych źródeł, podobno jeszcze za czasów Paskiewiczowskich, a więc blisko potowy XIX wieku, frankiści nie tylko żenili się wyłącznie między sobą, ale odprawiali jakieś tajne obrządki. Minęły lata – napisał Rolicki w 1932 r. – Dziś potomkowie frankistów w znacznej większości rozpłynęli się już istotnie w życiu polskim. Pod warunkiem, że w danej rodzinie miał miejsce szereg małżeństw byłych frankistów z rdzennymi aryjkami, można mówić z całą nawet pewnością o pełnej asymilacji tych rodzin. Czy istnieje jeszcze dzisiaj tajny związek, obejmujący choć szczupłą garść potomków dawnych frankistów? – nie mam danych, by na to pytanie odpowiedzieć.
Ale istota zgubnego dla Polski wpływu frankistów nie polegała na działalności ich odrębnego związku: polityka Franka nie została urzeczywistniona, a więc większej szkody nie przyniosła. Istota tego zgubnego wpływu polegała na czymś zupełnie innym: na tym, że frankiści, wtargnąwszy w szeregi inteligencji polskiej, stali się w niej materiałem podatnym do stworzenia masowego oparcia masonerii. Nawet, gdyby przypuścić, że nie jest słuszne posądzanie ich o potajemne trwanie w wierności Izraelowi (o kryptożydostwo), należy stwierdzić, że stanowili oni z natury rzeczy  żywioł najsłabiej związany z narodem i jego ideałami, najbardziej kosmopolityczny i najbardziej skory do wszelkiej działalności wywrotowej i rozkładowej.  Pisząc o frankistach w swej książce pt. Tragizm losów Polski, Jędrzej Giertych tak odnosił się do tej sprawy:  Wraz z chrztem frankistów znalazła się w szeregach inteligencji polskiej (wyrosłej bardzo szybko i nagle wskutek wielkiego przewrotu społecznego w Polsce na przełomie XVIII i XIX wieku, polegającego na przekształceniu się społeczeństwa polskiego ze społeczeństwa wiejskiego na społeczeństwo, mające swój ośrodek centralny w miastach, a wobec tego dającej łatwy wstęp żywiołom obcym) liczna rzesza Żydów, przez długi czas zupełnie nie zasymilowanych i tworzących grupę całkowicie odrębną – a mimo to mających wewnątrz społeczeństwa polskiego mocne stanowisko. Tak samo, jak dzisiaj zjawisko polityczne, noszące nazwę rządów sanacji, oglądane z pewnej perspektywy, może być określone jako rządy swoistej warstwy społecznej, stanowiącej produkt zmieszania żywiołu polskiego z żywiołem żydowskim, tak wiele objawów dziejowych w Polsce z końca XVIII oraz XIX wieku może być określone jako dzieło tego środowiska, w którym wielką rolę odgrywali nowochrzczeńcy z frankistami na czele. Kierownictwo polityczne Polski z końca XVIII i z XIX wieku pozostawało na ogół nieprzerwanie w rękach masonerii (mimo, że rdzeń społeczeństwa, a nawet jego kierownictwo moralne i kulturalne najczęściej nic z masonerią i z całą jej atmosferą duchową nie miały wspólnego), a że tak było, to jest to w niemałej mierze wynik wdarcia się w szeregi inteligencji polskiej wielkiej liczby Żydów, którzy dla poczynań wolnomularstwa stali się ośrodkiem krystalizacyjnym, oraz którzy dostarczyli mu wielkiej liczby ludzi na stanowiska kierownicze. We wszystkich zwrotnych momentach dziejów Polski – w epoce sejmu czteroletniego, insurekcji kościuszkowskiej, powstania listopadowego, w epoce rządów zaborczych – odegrali frankiści rolę, która w sposób niezwykle niebezpieczny na losach Polski zaciążyła.
*    *    *
Do powyższego  artykułu  warto jeszcze dorzucić kilka uwag Feliksa Konecznego na temat frankistów z jego pracy Cywilizacja żydowska:
Przez frankizm udany czy prawdziwy, dochodzili żydzi w Polsce do równouprawnienia obywatelskiego, czyli do tego, co później zwano w Europie „emancypacją”. Zaczęło się to w Polsce znacznie wcześniej niż we Francji, o całe pokolenie przed rewolucją  francuską (jeszcze pęd rokiem 1764). Fakt to wielkiej wagi, a dotychczas ignorowany, że frankiści byli pierwszymi „emancypowanymi” w całej Europie. Czy frankizm przestał istnieć ? Dbał o utrzymanie sekty Frank, który kazał się chrzcić, ale zakazał się żenić z chrześcijankami. Sulima Przyborowski zapisuje, jako frankiści „do lat czterdziestych XIX wieku żyli większymi grupami , żenili się tylko między sobą i odprawiali jakieś tajemnicze obrządki”. W roku 1893 pisze tenże (bardzo poważny) autor, że „prawie do ostatnich czasów żenili się tylko między sobą.” Ja zaś; z własnej obserwacji dodam, że ani dziś (1942) nie brak rodzin chrzczonych od dawien, lecz rasowo czysto żydowskich i przestrzegających u swych dzieci dalszej czystości rasy. W jakim celu?  Nie o rasę chodzi jednak, lecz o tradycję cywilizacyjną. Jeżeli w okresie Sejmu Czteroletniego Polska liczyła 24 000 wychrztów. a ci wmieszali się w społeczeństwo polskie, nie wyzbywając się cywilizacji żydowskiej, ileż w naszą umyslowość zbiorową weszło od tego czasu cech żydowskich? Ile odwrotu od personalizmu, od historyzmu, a ile natomiast prawniczości i gromadności. Ile lekceważenia katolicyzmu itd., itd.? Niektórzy autorowie zbierają przykłady, jak potomkowie neofitów wiedli Polskę przez cały wiek XIX do szkody. Nie brak rodzin, które dawno już. się wyzbyły resztek cywilizacji żydowskiej. Suum cuique. Lecz kto podejmie się statystyki, jaki rodzaj przeważa? Jest to kwestią, którą trzeba traktować indywidualnie. Muszę atoli zaprzeczyć mniemaniu, jakobyśmy nie posiadali marranów. Badacze zajęci bliżej tym przedmiotem, trzymają się mylnej metody, badając genealogię asymilowanych potomków dawnych wychrztów; należy badać pochodzenie ich żon. Wtedy dopiero zdołaliby odróżnić szczerych od nieszczerych, od utrzymujących nadal w swych rodach cywilizację żydowską, a zatem przejętych wciąż niechęcią ku cywilizacji łacińskiej, a tym samym ku polskości. Niestety posiadamy  marranów. Potomkowie i sabatejów i talmudystów dawno się w tym złączyli. Nie wynika z tego, żeby wszyscy marranami byli! Znam rodziny, wywodzące się w linii męskiej od wychrztów, a które same o tym nie wiedzą, bo zatraciła się tradycja i które przejęte są na wskroś i katolicyzmem i cywilizacją łacińską; lecz znam również takie, które pielęgnują usilnie czystość krwi wychrzciańsklej. Dlaczego?